29 maja 2015

Syrop z pędów sosny


Ciężko mi się ostatnio zmotywować do pisania na blogu, oj ciężko. Każdego wieczora mówię: jutro rano na pewno dodam nowego posta. I tak mija kolejny dzień, a ja znajduję mnóstwo wymówek. A to praca, a to pogoda jest ładna i trzeba wybrać się na wycieczkę, a to trzeba poćwiczyć, posprzątać, itd. I dziś zdałam sobie sprawę, że tych zaległych wpisów przybywa, bo przecież gotuję codziennie, a że dni długie, to i pstrykam zdjęcia często. Naliczyłam 10 przepisów czekających w kolejce! Takiej sytuacji jeszcze w moim blogowaniu nie było, więc dziś podwijam rękawy i piszę hurtem ;) Możecie więc liczyć, że w kolejnych dniach blog nieco odżyje. Na początek syrop, do którego przymierzałam się przynajmniej od 2 lat.
O zdrowotnych właściwościach syropu z pędów sosny wiadomo wiele. Przede wszystkim jest naturalnym lekarstwem w walce z przeziębieniem i chorobami górnych dróg oddechowych. Działa wykrztuśnie i bakteriobójczo. Olejek sosnowy udrażnia drogi oddechowe ułatwiając oddychanie. A zawarte w syropie witamina C, węglowodany i sole mineralne wzmacniają układ odpornościowy. Zaleca się spożywać go profilaktycznie przez cały rok (1 łyżeczka dziennie), by uniknąć przeziębienia. Ja takiej ilości syropu nie zrobiłam, ale mam nadzieję, że wystarczy do walki z ewentualnym przeziębieniem (3 łyżeczki dziennie). Myślę, że w przyszłym roku pokuszę się o większe zbiory :) I tak udało mi się zebrać pędy w ostatniej chwili, bo teraz sosna już zaczęła pylić. U nas nad morzem i tak znacznie później co jest zasługą dość chłodnych jeszcze nocy. Z tego co zaobserwowałam na innych blogach, na południu Polski pylenie zaczęło się już jakieś 2 tygodnie temu, u nas dopiero w tym. Generalnie przyjmuje się, że zbiory pędów przypadają na maj. Pędy nie powinny być dłuższe niż 11-12 cm. Pamiętajcie, że zbierając pędy pozbawiacie drzewo rocznego przyrostu gałęzi. Nie należy więc ogołacać go do cna. Najlepiej do zbiorów wybierać miejsca gęsto zadrzewione i zbierać po kilka pędów z jednego. Ja zbierałam maksymalnie po 4. Przygotowanie syropu jest banalnie proste, choć znalazłam różne sposoby. Ostatecznie zdecydowałam się postępować wedle wskazówek Klaudyny z Ziołowego Zakątka, która jest dziewczyną niezwykle mądrą i oczytaną i w kwestii zielarskiej zawierzam jej całkowicie. 
To co? Robicie syrop za rok? :)
Podaję proporcje na 1 słoik o pojemności 1 litra. Ile z tego wyjdzie syropu jeszcze nie wiem, bo będzie przecedzany dopiero za 2 tygodnie.


20 maja 2015

Tarta z dyniową pastą, buraczkami i serem feta


Wczoraj pokazałam Wam przepis na pastę z pieczonej dyni. Świetnie smakuje z chlebem, ale także podana na krakersach lub ze stixami z warzyw jako przekąska imprezowa. Z ponad kilograma dyni pasty wyszło całkiem sporo, więc obskoczyła ze mną Wieczór Wegetariański, dwa śniadania i jeszcze jej trochę zostało. Marnować jedzenia nie lubię, więc postanowiłam ją spożytkować w inny sposób. I tak powstała pyszna tarta posmarowana pastą, obłożona pieczonym buraczkiem i serem feta. Tartę posypałam prażonym sezamem i natką pietruszki. Opcjonalnie polecam skropić ją jeszcze niewielką ilością syropu daktylowego. Naprawdę bardzo udane połączenie smaków.
Buraczki piekłam w tym samym czasie co dynię, żeby nie marnować prądu. Można je też zastąpić kupnymi ugotowanymi, pakowanymi próżniowo.


19 maja 2015

Pasta z pieczonej dyni z cynamonem i tahiną


Ostatnio nie po drodze mi było z blogowaniem. Najpierw doskwierał brak czasu, a gdy czas się pojawił, to wena opuściła. Na szczęście zawsze można liczyć na pomoc innych, którzy wesprą słowem i zmotywują. W minioną niedzielę zorganizowaliśmy w naszym klubie Wieczór Wegetariański podczas którego usłyszałam wiele ciepłych słów. Dziękuję za każde z osobna, dodały mi skrzydeł ;) Mam nadzieję, że teraz będzie tylko lepiej!
Oprócz tarty ze szparagami na spotkanie przygotowałam pastę z pieczonej dyni według przepisu mistrza Ottolenghi z książki Jerozolima. Wiem, że nie mamy sezonu dyniowego, ale w zasadzie odmiany hokkaido i piżmową można kupić przez cały rok. Obawiałam się co prawda, że moja dynia będzie bez smaku, ale po upieczeniu okazała się tak słodziutka jak być powinna. Pasta smakowała zarówno mi jak i degustującym. Kilka osób prosiło o przepis, więc z przyjemnością zamieszczam. Koniecznie wypróbujcie! Jak nie teraz, to jesienią :)
P.S. A w następnym wpisie pokażę do czego można wykorzystać resztki pasty.